ciche głosy
when ? niedziela, 27 lutego 2011 21:36:52
Obudził mnie krzyk. Rozniósł się gwałtownie po korytarzu. Jedyne co zdążyłem zrobić, to podnieść się. Potem doszła do mnie woń jakiejś perfumy, niestety tak silnej że zemdlałem. Obudziłem się drugi raz, gdy słońce świeciło w zenicie. Ciepłe promienie ocuciły mnie i nie dawały mi spokoju więc musiałem wstać. Z wielkim bólem wstałem z łóżka, ale rany już się goiły, lekarstwo pomogło. Na korytarzu zauważyłem plamę krwi ciągnącą się aż do okna. Podszedłem bliżej. Na oknie wisiała kartka z jakimś napisem. Podszedłem i podniosłem. Zapach słodkiej perfumy wzmocnił się znowu, przykryłem nos i usta ręką i zacząłem czytać.
Nie pamiętasz już jak pewnej pięknej nocy czerwcowego poranka coś mi obiecałeś? nie zapomnij o tym. Lilith. Okno się otworzyło a kartkę wyrwał mi z ręki ciepły wiatr. Joanny nie było już w tym pomieszczeniu. Umoczyłem rękę w krwi, powąchałem, posmakowałem. Nie była jej. Sztuczki lilith były zbyt oczywiste, miały wywołać we mnie strach. Na podłodze zostały tylko czarne włosy. Mogło dojść do szarpaniny między Joanną a Lilith. Nie wiedziałem jeszcze co chciała, nic mi nie przychodziło do głowy. Lilith lubiła bardzo romantycze spotkania. 2 dni później po nastaniu pełni ubrałem się dosyć mrocznie i intrygująco. Zaopatrzyłem się dodatkowo w róże i wyszedłem na bramy cmentarza. Tam miała pojawić się Lilith. Zawiał zimny wiatr a następnie brama się zatrzasnęła. Z drugiego końca drogi wyłoniła się jakaś postać. Demonica przywitała mnie w swojej ludzkiej postaci. Była niezwykle piękna, ociekająca sexem a jednocześnie pazerna na miłość od strony swoich kochanków. Zapach perfum nie robił już na mnie wrażenia, został jedynie zapach zgnilizny którą lilith ukrywa pod znakiem piękna. Chodziliśmy długo po cmentarzu przypominając sobie nasze wspólne przeżycia gdy nagle lilith zapytała "dlaczego poezja zawsze musi być okrutna?". Róża w rękach demonicy nagle zwiędła i zaczęła się palić. Na twarzy kobiety ujawniły się kły a jej oczy stały się czerwone jak jej włosy. Wyciągnałem łańczuch i szybko owinąłem w okół niego moją partnerkę. Rozwiał się dziki bolesny taniec, łańcuch był srebrny a to powodowało ból u tej maszkary i jednocześnie powstrzymanie agresora. "możesz mi ją oddać?" spytałem, po czym ona wskazała wzrokiem jeden z grobowców. Idąc do środka słyszałem jak płakała natomiast po wejściu usłyszałem przeraźliwy śmiech. Woń perfumy znowu się roztoczyła ale to była inna perfuma, o wiele mocniejsza. Nic nie zdążyłem zrobić padłem znowu na ziemie obijając się o coś. Właz grobowca zamknął się a ja zasnąłem...
Unwritten by Maestro
komentarze [0]Loch
when ? wtorek, 25 maja 2010 16:09:31
Obudził się w ciemnej jaskini, z kapiącymi na głowę kroplami wody. Woda ściekała z korzeni wystających z sufitu, jaskinia musiała być bardzo blisko ziemi. Po paru chwilach dopiero dostrzegł postać siedzącą naprzeciwko niego, skutą w kajdany. Szarpnął ręką, również miał skute. "nie rób hałasu bo przyjdą do nas" wyszeptała postać. Aramil doszedł po kilku chwilach do siebie "gdzie ja do cholery jestem?". odpowiedział mu głuchy głos "cicho tam bo w pysk zdzielę". 2 razy jeszcze szarpnął kajdanami w końcu doszedł do siebie i wiedział że się nie uwolni. Popatrzył na jaskinie, obok niego leżały kufry ze złotem, w mały otwór na środku wpadało światło, wiadomo było która godzina. Wodził dalej wzrokiem, przy wejściu leżała jego zbroja i miecze, obok leżały pochodnie, jedna stała zapalona przy wejściu. Na przeciw niego siedziała dziewczyna, ubrana była w stare łachy, była skuta, jej ciemne brudne włosy zakrywały pół twarzy. Popatrzył się chwilę na nią po czym rzuciła mu ostre "no co się gapisz? też byś chciał? wszyscy tacy sami". Nie odpowiedział, popatrzył na kajdany, Solidna robota bo idealnie przylegały do ciała. Po chwili do jaskini wszedł gruby wąsacz z biczem. Cuchnęło od niego stęchlizną i piwem zaczął wymachiwać biczem i wrzeszczeć "powiedziałem cicho ma być? powiedziałem, to bądźcie cicho bo w ryj zdzielę". Wojownik popatrzył na niego spod łba, zmierzyli się z nim wzrokiem, nic nie powiedział. "a ty dzisiaj gagatku będziesz tańczył wieczorem" mówiąc to przybliżył bicz do jego twarzy. Skuty szarpnął się, "uważaj sobie" odpowiedział wąsacz i odszedł. Emeraldo stał przy fontannie wpatrzony w bramę, miał założone ręce. Stajenny trzymał konia i stał przy nim, w ręku miał list. Druid popatrzył na herb wznoszący się na murze zamku, "gdzie on kurwa jest? miał być wczoraj, musimy wyjeżdżać". w tym samym momencie chłopak odezwał się "wieść niesie że w lasach grasują zbóje i potwory panie, rzucają się ponoć na każdego kto się tam zapuszcza, podobno dziewki biorą do niewoli a mężczyzn do walki na arenie wieczorem. Lasy te są straszne panie, żyją tam złe stwory które zjadają przechodniów i nie wypluwają kości" Druid rzucił się na konia, jednym zręcznym ruchem wsiadł na niego "dobra jadę tam po niego" wykrzyknął i pogalopował w stronę lasu. Strażnik przyniósł wodę i jedzenie, sztyletem rozwalił worek z piaskiem przytrzymujący kajdany. "napij się i najedz bo ciężką noc będziesz miał" wojownik rzucił się na żarcie, nie patrzył nawet czy jest zatrute był strasznie głodny. Wąsacz uśmiechnął się i wyszedł. Na talerzu zostały gruszki, jabłka, kawałek chleba i kiełbasa, Aramil zjadł wszystko po czym popatrzył na dziewczynę.
-będziesz walczył wiesz o tym?- odezwała się szeptem
-nie robi, jestem jednym z najlepszych elfickich tancerzy-
-ale bez mieczy, na gołe pięści- w tym momencie twarz wojownika pobladła
-nie dadzą mi broni?-
-nie-
-cholera-
-Cicho tam być!- wrzasnął strażnik
po chwili przyszło trzech i wzięli go pod ręce, czwarty odpinał kajdany. podnieśli go za ręce i wynieśli z pokoju. Przy wyjściu wąsacz obrócił się do dziewczyny i pogroził "a ciebie praca czeka zaraz po wszystkim" i uśmiechnął się szyderczo.
Unwritten by Maestro
komentarze [0]Fajka
when ? czwartek, 13 maja 2010 00:24:32
Siedziałem sobie spokojnie, z nogami opartymi na biurku, z fajką w dłoni. Zrobiłem małą przerwę w pracy, pracowałem nad rytuałami przywołania. Kółka z dymu snuły się wolno i powoli powietrze podnosiło je do góry częściowo rozmywając. Kto stał za mną wczorajszego wieczoru? Zjawa wielkich wojowników, ponoć dostała stróż na tym cmentarzu. Nie byłem tam mile widziany więc szybko się wyniosłem. Nie tłumaczyłem się co zabrałem ani po co, musiałem tylko pokazać medalion że wiem o co chodzi. Pomimo tego nie odbyło się bez problemów, nieumarli tego typu lubią bardzo obserwować swoje ofiary, nie będę miał jeszcze spokoju przez 3 dni, poczekam aż sprawa przycichnie. Dobrze że nie wchodzili do domu w nocy. Pomimo że przywykłem do widoku zmarłych dusz, szkieletów, zjaw, zombie itd. itd. to nie miałem ochoty na naruszanie mojej prywatności. Trzeba było wypełnić jakoś ten czas, napisałem list do mojej drogiej AA. Długi na obszar czterech stron A4. Pisałem o duperelach, nie mogłem napisać niczego poważnego. Demony pomimo tego że różnią się od siebie, wszystkie przyjmują jedną zasadniczą cechę, są wierne władcy. Niby ten świat jest taki uporządkowany, wszystko w nim jest dobre i złe, wszystko idealne jednak wyjątków w śród reguł jest ogromna ilość. Poza tym jakbym napisał jej o wszystkim mogłaby stwierdzić że jestem tam po nic. Na końcu pieczęć, piękny tribal przedstawiający ogień i wyryte na nim imię. Afrykańscy szamani byli bardzo związani z tribalem a mnie podobał się ten styl. Przedstawiał to, co odwieczne jest w człowieku a robiąc tatuaże człowiek naznaczał się czymś z czym miał do czynienia przez resztę życia. Dlatego na mojej piersi widnieje krew bogów a na ramieniu zew dusz. Dwa piękne tatuaże nadające mi moc szamanizmu czyli rozmów z duchami. Następnego dnia miał się odbyć wielki koncert metalowy, małe urozmaicenie w moim życiu nic nie zaszkodzi, zaprosiłem Joannę, przyjęła. Zespół nazywał się "The black flag" i byli początkującą garażową kapelą, zbierali głównie na lepszy sprzęt niż mieli i małe środki na alkohol. W repertuarze opracowali szybki energiczny metal, taka energia przyciągała duchy. Odebrałem Joannę z pociągu, grzecznie się przywitałem i pokazałem dwa bilety na dzisiejszy wieczór. Wystroiła się przeciekawie, kręcone włosy, krótka bluzeczka z czaszką z przodu, dwie pieszczochy na ręku, spodnie bojówki i czerwone glany. Ja miałem tylko skórę i buty podobne do jej wykonania chociaż bardziej wygodne ale po drodze dokupiłem zwykły metalowy chromowany łańcuch. Oddaliśmy kurtki do szatni, przyszliśmy pół godziny przed rozpoczęciem koncertu. Dzisiaj sobie miałem ulżyć, zamówiłem dla nas dwa drinki i usiadłem przy stole. Podając jej szklankę do ręki. Założyła nogę na nogę i podziękowała uśmiechając się do mnie i przytykając słomkę do ust. Wymieniliśmy się relacjami, historiami z ostatniego tygodnia, alkohol lekko nas rozluźnił. W klubie zebrała się dość duża grupa metalowców, górowały koszulki z napisem Megadeth, Slayer, Metallica. Panowie chyba pomylili koncerty, to zupełnie inny typ metalu. Czarna Flaga grała transowy, wpadający w rytm, hipnotyzujący wręcz metal. Pierwszy zespół w Gdańsku z jednym gitarzystą, coś niespotykanego. Zespół śpiewał o demonach, i opętanych przez diabła, pomimo śmiechów z mojej strony, bardzo mi się podobało. Rzuciliśmy się z moją towarzyszką w wir pogo, publiczności. Zrobiło się gorąco, alkohol dalej się rozrastał. W pewnym momencie padła ballada "when god's are crying". Piękna i jednocześnie smutna ballada opowiadająca o wielkim bogu który umarł, i spadł na dno. Joanna chwyciła mnie za pas i przytuliła się mocno, nie wiedziałem co zrobić więc tylko położyłem jej ręcę na biodra. Jej ręce przeszły na moją szyję, spojrzała mi się głęboko w oczy. Blask jej wymalowanych oczu wydał mi się bardzo uroczy, rozchyliła wargi, zamknęła oczy i zbliżyła usta do moich. Może to głupie ale pierwszy raz całowałem kobietę, było naprawdę miło. Po skończonej piosence, dała mi buziaka w policzek z małym słówkiem "dziękuję". Odwróciłem twarz w inną stronę przysłaniając rumieniec. Po chwili chwyciła mnie za rękę i spytała "to co idziemy się bawić?", nie musiałem nic odpowiadać po prostu się uśmiechnąłem i poszedłem za nią. Koncert udał się świetnie, pierwszy raz młody zespół mnie nie zawiódł. Chwilę usiedliśmy na kanapie by odpocząć gdy tłum udawał się po kurtki. Usiadłem a Joanna położyła się na moim brzuchu "boję się wracać sama o tej porze". Miała rację, odebraliśmy kurtki i poszliśmy do mojego domu. Zaparkowałem motor, zapłaciłem za parking i udaliśmy się do klatki schodowej. Niestety z krzaka wyskoczyło na nas trzech goryli, odepchnąłem Asię daleko od siebie, przewróciła się, upadła. Zaskoczyli mnie z tyłu, wykręcili ręce, wokół wirowały krzyki "Dawaj portfel, dawaj komórę, wykręć mu rękę, do ziemi gnoja do ziemi" Cholera jasna, a taki miły był dzień. Po chwili z mojej kieszeni zniknął portfel, nie miałem władzy w rękach, zostałem skopany, pobity, uderzyli mi głową o płytę betonową, bolało jak cholera. Uciekli równie szybko jak przybyli. Joanna podniosła się podeszła do mnie i spytała przerażonym głosem "Rany nic ci nie jest ?" odparłem jej "pomóż mi wstać". Wsparłem się na jej ręku, otworzyliśmy drzwi, dobrze że nie zabrali mi kluczy. Oddech mi przyśpieszał, czułem rany w żebrach, czyżby jeden mnie dźgnął nożem?. Joanna pomogła mi wejść do domu, zdjąłem szybko kurtkę i koszulkę, w środku żeber tkwiło złamane ostrze. Cholera! zaklną po czym moja towarzyszka dodała "o cholera, co z tym zrobić ?", powiedziałem na spokojnie "zamknij oczy" i gdy to zrobiła, wyrwałem ostrze. Nawet nie czułem że jeden z nich mnie tak poranił, z żeber i głowy leciała mi krew, koszmarnie to wyglądało. Joasia rzuciła dwa ręczniki na łóżko i pomogła mi się położyć. "przynieś mi 3 fiolkę na 4 półce w kuchni, to lekarstwo" Szybko wróciła z fiolką, otworzyła korek i podała mi do ust. Oddech zwolnił, ból ustąpił, poczułem się senny, zamknąłem oczy. "czy wszystko z tobą w porządku" zapytała ale pokiwałem jej tylko głową, było coraz lepiej. Zamknęła drzwi, zdjęła kurtkę i położyła się obok mnie, wyjęła bandaż z torebki i zaczęła owijać nim rany dodając gazę, po skończonej robocie zdjęła spodnie i skarpetki, położyła się przytulając i głaszcząc mnie po głowie, szepnąłem jej ciche "dziękuję" i zasnąłem...
Unwritten by Maestro
komentarze [1]Nieustraszony
when ? niedziela, 9 maja 2010 00:18:57
-hahaha nie do gonią mnie już- krzyczał popędzając konia, uciekając straży granicznej. "Dzisiaj jest dobry dzień" pomyślał, po czym ruszył w dół wzgórza by znaleźć się przy rzece. Zsiadł z konia by mógł się napoić, wziął mapę, popatrzył uważnie. Jutro miał się znaleźć w mieście Viscon, gdzie miał czekać na niego Emeraldo. Zachodziło słońce więc Aramil postanowił szukać kryjówki, wszedł w las. Szedł długo ponad godzinę gdy natknął się na skałę z jeziorem w pobliżu. Było to wyśmienite miejsce na przenocowanie, rozpalił ognisko, konia przymocował do drzewa. Zjadł coś, przykrył się i poszedł spać w nadziei że nikt go nie obudzi. Dwie godziny później woda w stawie zaczęła bulgotać. Aramil spał jak zabity, po chwili wynurzyła się płetwa. Koń obrócił się w stronę stawu i zaczął być niespokojny. Wojownik dalej spał. Po chwili wynurzyły się dwie łapy i głowa. Koń zarżał, Aramil spał. Cała postać wypełzła na wierzch i skierowała się w stronę konia. Ukatrupiła go jedną ręką, wojownik się obudził. Podniósł się szybko i popatrzył na stwora. Była to ohydna kreatura, wyżarte pół twarzy. Połączenie ryby i człowieka, pewnie martwe gdyż odłaziły jej płaty mięsa z całego ciała. Rybostwór zaczął iść w stronę podróżnika. Miecze leżały przy koniu, Wojownik ustawił się w pozycji bojowej, ryba podchodziła coraz bliżej. Zasmrodziła całą przestrzeń, Aramil nie mógł oddychać. Stwór zamachnął się ręką, Aramil schylił się uderzył pięścią w brzuch, stwór się położył, wojownik uderzył głową do góry a potem jeszcze ręką powalił stwora na ziemię. Dyszał uśmiechając się do napastnika, dlaczego topielec zaatakował? o to Aramil nie mógł się spytać, stwór miał wyżarte pół twarzy. "Cholera by Cię trafiła, pozbawiłeś mnie transportu" Stęchlizna wydawała się coraz bardziej smrodliwa, Stwór zaczął się podnosić. Aramil chwycił za miecz z torby przy koniu, wyciągnął i rozbił jedną fiolkę, miecz zabłysnął niebieską poświatą, uderzył w stwora krzycząc "nie ze mną te numery" Stwór umarł ostatecznie gdyż Aramil przetrącił mu kręgosłup. Patrząc zadowolony z roboty nie zauważył podkradającego się za nim z tyłu bandyty. Odwrócił się by zaatakować ale został uderzony drewnianą pałką w głowę, zemdlał, było za późno...
Unwritten by Maestro
komentarze [0]Pelikan
when ? sobota, 8 maja 2010 13:14:12
Bar Pelikan leżał przy starych zaułkach stoczni, może to dziwne ale tam właśnie mieściło się przejście między światem żywych a nieżywych. W dodatku był to ściek kanalizacyjny ,ale przejść można było tylko z pomocą zatrutej kości umarłego człowieka. Mógłbym kogoś zabić, oblać kość trucizną z jadu pająka i zejść, ale wolałem zdewastować jeden z grobów ludzi których otruto. Wieloletnia trucizna przegryzająca się w kościach była czymś wspaniałym a wystarczyło zajrzeć do jednego z zakładów pogrzebowych żeby otrzymać potrzebne informacje. Ubrałem się w garnitur i poszedłem z teczką do jednego z grabarzy. Wystarczyło machnąć jakąś legitymacją i poprosić o spis zgonów
-ale panie inspektorze my jesteśmy całkowicie legalni i...-
-już ja o tym zadecyduję- przerwałem mu
Cuchnęło od gościa zgnilizną ale to chyba normalne w tym zawodzie, posłusznie z drżeniem rąk przyniósł mi spis, przejrzałem sobie spokojnie, groby na wschodnim skrzydle cmentarza. Wróciłem do domu, założyłem czarny maskujący płaszcz i przyszykowałem torbę z narzędziami, młot za głośny ale małe wiertło idealnie się nadawało, jeszcze tylko sztylet na wszelki wypadek. Wyszedłem, podjechałem autobusem na cmentarz, świecił się od lampionów. Wszedłem za bramę minąłem długi bulwar i skierowałem się w lewo, było grubo po północy, obrałem grób przy którym było jak najmniej świec, ogień przyciąga ludzi jeszcze tylko mały rytuał pozwalający odebrać kość (byłem profesjonalistą nie amatorem). Zakreśliłem krąg, potem pentagram, usiadłem w środku by zachować równowagę duchową, przyłożyłem rękę do czoła i powiedziałem o zatrutej kości, w myślach słyszałem odpowiedź, górne przedramię. Wszystko szło jak do tej pory bez szwanku, wyciągnąłem wiertło, ręcznie nawierciłem otwórz starannie i delikatnie jak robią to bandyci na filmach włamujący się do banku. Wyjąłem wielki kawał granitu, wyjąłem spokojnie kość, resztki ciała odciąłem nożem, wsadziłem do torebki foliowej a potem do torby. Włożyłem wyciętą część z powrotem na miejsce i nałożyłem tam płachtę z chrześcijańskim symbolem ryby, nikt się nie zorientuje przez miesiąc. W tym momencie poczułem na szyi zimny podmuch powietrza. O kur...
Unwritten by Maestro
komentarze [0]Wąż
when ? niedziela, 2 maja 2010 15:27:28
Stworzenie miało znajdować się w jaskini na górach browarniczych, dziwna nazwa jak na ten typ legendy ale podobno ważono tam kiedyś doskonałe piwo i wszyscy zbiegali się z całej krainy aby tylko spróbować wyśmienitego trunku. Miasto piwowarów zginęło pod wpływem naporu opojów i zbyt dużej liczbie zabójstw, wszystkie stwierdzono pod wpływem użycia alkoholu. Nie produkowano tam tylko najdroższych trunków, cena też grała rolę, rosła konkurencja i sprzedaż a że miasto leżało w górach trzeba było jeszcze za coś dojechać i każdy klient był ważny. Podobno miasto miało problem z bezdomnymi którzy zaczęli umierać, nie mogli ich nigdzie złożyć ponieważ wszędzie zalegał śnieg. Spełzło do miasta mnóstwo jaszczurek węży itd. i zaczęły rozkładać gnijące ciała opojów. Jeden z tych węży był podobno wiecznie głodny i rósł do rozmiarów z początku człowieka a potem zaczął go przerastać, Był tak głodny że wyrosły mu 2 dodatkowe głowy. Podobno zesłała go sama śmierć by pomóc mieszkańcom ale wąż uwolnił zadomowił się w mieście. Wykopał jamę pod miastem nie naruszając jego fundamentów i mieszkańcy słyszą pomruk jak gdy wąż śpi. Miasto jeszcze istnieje ale nikogo już tam nie ma. Wąż kopał w górach groty, spotykał duchy dawnych gór aż dotarł do niektórych demonów.
-myślisz że tam może być coś co pomoże ?- przerwał Aramil (miał na myśli amulet). Strażnik pokiwał głową
-zatem wyruszam jak najszybciej-
-hola!- złapał go za ramię -wiesz gdzie jest to miasto i ilu luda próbowało tego stwora odszukać i zabić? wiesz jak ludzie są pazerni na skarby? a Krasnoludy jeszcze bardziej-
-no tak- tancerz spojrzał na dół usiadł i zapytał -co zatem proponujesz ?-
-polubiłem Cię więc Ci powiem-
Strażnik dał mu mapę, powiedział by najpierw pojechał do paru karczm i dał mu namiary, tam miał znaleźć bandę zbójów którzy mieli mu pomóc a raczej zdobyć razem kilka skarbów, Aramilowi do szczęścia potrzebny był tylko amulet. Mógłby zabić sukuba ale był zbyt honorowy poza tym był facetem. Miał zabrać mały worek złota na jedzenie i zaliczkę dla bandytów, na koniec strażnik podarował mu mały amulet, kiedyś był to amulet bandy drzew którzy byli głównymi wrogami królestwa liści ale zostali zgładzeni, pomimo tego każdy rozpoznał amulet zbójecki.
-zaraz a to wszystko za darmo ?-
-będziesz mi winien przysługę-
-aż boję się spytać...
Unwritten by Maestro
komentarze [1]Przodek
when ? środa, 28 kwietnia 2010 22:58:12
Kuźnia dusz... Dawno nie odwiedzałem tego miejsca, nie wiadomo dlaczego się tak nazywała. Przypominała kształt wielkiej wydrążonej kopalni w którą wwiercił się wielki świder stojący po środku. Pod kładkami znajdowała się ciemność musiałem wejść na sam szczyt gdyż Zły wezwał mnie do siebie. Do kuźni dusz trafia każdy demon po śmierci i przechodzi tzw. regeneracje. Na szczęście demony lenistwa posłały swoich i ściągnęły wynalazek windy przez który można spokojnie wjechać w parę minut do najwyższego z najniższych. Wszedłem do windy i wcisnąłem guzik na samą górę. Potem przeszedłem przez ochronę bez szwanku, byłem ich pracownikiem w końcu. W środku była wielka sala niczym z klasztoru, Trzeba było trzymać się głównej drogi, to istny labirynt. Na szczęście plac wyściełany był czerwonym dywanem w koło panowała wielka pustka a drogę wyznaczał pochodnie. W górze nie było widać sufitu więc latający nie mieli tu nic do gadania, to w końcu sala tronowa Złego. Gdy do niego doszedłem siedział wielki pełen majestatu w całej swej okazałości, gdy nagle Azazel rzucił się na mnie. Chwilę się zawahałem ale był przykuty na szczęście. Dawny demon teraz chronił swojego pana, był przykuty do jego tronu. Zły zrobił z niego niezłe bydle, wielki na 15 metrów ogromniasty kolos z mackami. Zły przystawił rękę na którą wszedłem, był sporo większy ode mnie, pomimo że potrafił zmieniać swój wzrost, magia czy iluzja? "Znowu dałeś się zabić! Ty parszywa gnido" rzucił do mnie te słowa a potem cisnął w ziemię. Zasłużyłem na to ale upadek i tak nie bolał, jak coś może boleć martwego? Kurz opadł, podniosłem się. Diabeł miał rękę opartą o czoło, spytał się jakie wieści na powierzchni i czy odkryłem te wszystkie emisje. Tak naprawdę wszystko wiedział, nie musiał się nic pytać ale opowiadałem mu wszystko aż doszedłem do dziwnego jegomościa i dziwnych stworów które mnie zabiły. Czyżby śmierć zbuntowała się i zaczęła działalność na własną rękę? Zły myślał długo, bardzo długo aż w końcu doszedł do pewnych wniosków. Jak śmierć pracuje na ręce boga, tak szatan też musi sobie wyrobić tam reputację, najgorsze że z polecenia szatana dla krainy śmierci pracował humanoid. Zły spojrzał na mnie, zmniejszył się do moich rozmiarów i powiedział "jesteś jednym z moich najlepszych wysłanników bo potrafisz myśleć, większość to spasione osiłki ale jeśli coś wydarzy się w krainie śmierci to przynajmniej musimy mieć tam kogoś z naszych... udaj się do Maestro..." Szczęka mi opadła, popatrzyłem na niego przez chwilę z niedowierzaniem a potem wrzasnąłem "CO?! przecież ten zuchwalec, samozwaniec, menda pieprzona granatem od złota oderwana siedzi zakuty w jakiejś skale i topi się w swoich pieniądzach!" Szatan podrapał się po brodzie a potem powiedział "Pójdziesz po niego czy Ci się chce czy nie a jak nie to Azazel na pewno ma przepis na potrawkę z mniejszego, sprytnego demona" Chciałem coś powiedzieć ale się powstrzymałem. Ukłoniłem się słodząc mu "niech i tak się stanie" i wyszedłem, nie cierpiałem tego dupka i kto mu w ogóle dał ten przydomek?! Wielki mi Maestro, świnia wyklęta przez swoich bliskich, rodzinę, nawet w piekle go nie chcieli dlatego został oddany śmierci. Nie było rady trzeba było przeżyć i pójść do niego. Podszedłem do otworzonych wrót, na środku widniało wielkie kowadło na którym się położyłem. Skuto mnie łańcuchami po czym przyszły demony i kształtowały moje ciało bijąc je młotami. Uwierz mi bolało jak cholera... Ogłuszony biciem, rano obudziłem się w swoim domu, w miękkim łóżku, z fiolką w ręku ale byłem tak zmęczony że zasnąłem, nie będą mnie ścigać żadne stwory...
Unwritten by Maestro
komentarze [0]Biblioteka Tańczących Liści
when ? sobota, 24 kwietnia 2010 23:51:09
Loran zaprowadził Aramila do jednego z magazynów, były tam wino, piwo, i zapasy żywności na kilka lat. Wyciągnął dwa kufle po czym napełnił je substancją złocistą substancją z beczki i postawił na stole jeden dla siebie, jeden dla gościa. Zniknął za drzwiami po czym przyniósł grubą księgę z dwoma mieczami i liściem na okładce przebitym dwoma mieczami. "jak mi ją otworzysz, powiem Ci coś na temat czarnej róży" wypowiedział. Aramil popatrzył przez chwilę na księgę, była to księga tańczącego liścia. Jedną z niewielu ksiąg ,które zachowały się przy życiu, każdy strażnik kiedyś miał taką a później zniesiono ten rytuał. W księgach widniały wszystkie mapy, opis każdej z roślin i jej miejsce występowania. Strażnicy liścia pełnili wiele funkcji, ten musiał być kiedyś zamożny i posiadał własną bibliotekę. Wojownik wyjął niewielki zeszyt oprawiony w skórę. Zaczął przewracać kartki, wertował je po 3 razy, przeglądał dokładnie w końcu zamknął gwałtownie, uchylił łyk piwa i rzekł.
-nie umiem tego otworzyć-
-tego się spodziewałem- odparł strażnik po czym dodał -po co Ci ta róża-
-pracuję na zlecenie-
-dla kogo ?-
-nie Twoja sprawa-
-aha...-
Aramil wiedział że księgę trzeba otworzyć talizmanem(lub jego kopią) noszoną przez sukuba jednak on takiego nie miał. Strażnik rzadko miewał gości więc poczęstował wojownika baranim szaszłykiem. Rozmawiali, wymieniali się wiedzą do momentu gdy Tancerz nie wspomniał o talizmanie i o tym co kiedyś widział podczas nocy w karczmie. Strażnik w tym momencie zastygł w bezruchu, po chwili milczenia położył ręce na stole i powiedział.
-to nie łowca cieni... oni nie pracują w ten sposób-
-skąd wiesz? posługują się taką magią-
-pozwól że przyniosę Ci jedną księgę-
Wyszedł i wrócił z jeszcze większą księgą niż poprzednia. Tytuł widniał "dawne mity i legendy świata Aravell" otworzył na stronie "o trzygłowym wężu" i zaczął czytać na głos...
Unwritten by Maestro
komentarze [0]Lord Nicości
when ? wtorek, 20 kwietnia 2010 22:36:43
Pędziłem na motorze przez miasto, bestie nadal toczyły pościg, były nadzwyczaj szybkie. Kolejne skrzyżowanie i tym razem wbiłem się w środek miasta, turkot kamiennych uliczek wprawiał mnie w małą trudność z sterowaniem maszyną. Dobrze że była już noc i nikt nic nie słyszał. Niebo robiło się lekko czerwonawe teraz kolejny zakręt i w dół do następnej ulicy. Przy latarni kręciła się jakaś postać z początku wyglądał na biskupa tylko że ubrany na czarno. Przyjrzałem się dokładniej przy zakręcie, twarzy nie było widać a potem błysnęło mi zielone ostrze. Dokładnie takie samo jacy noszą Lordowie nicości. Szlachcice którzy umarli i nieważne gdzie dusza poszła, ciało a raczej kości były w takim stanie że pan ZŁY mógł oddać je w nicość, tam były ożywiane i wdrapywały się po stromej skale przepaści do której był zrzucane. To aż dziwne że śmierć pracuje jednak z woli Boga a nie Złego. Ludzie wierzą że śmierć jest sprawiedliwa wobec każdego jednak niektórzy mieli z tą Panią do czynienia w trochę innym świetle niż to które znają ludzie. Śmierć tak naprawdę przekupiła się z Złym i hojnie sobie bierze za nowe potwory dla tego świata. Jeśli ktoś myśli że to właśnie diabeł wymyśla te wszystkie obrzydliwe potwory to się myli. Z drugiej jednak strony każdy widzi takie potwory jakie chce je widzieć. Niektórzy są podjarani jak zobaczą wielkiego stwora z paszczą na 3 metry i do tego jakieś macki i cieszą się jak niemowlęta jednocześnie wiedząc że to coś zaraz odgryzie im głowę. Są też tacy którzy boją się panicznie jak zobaczą swoje odbicie w lustrze i pokażą im jaki człowiek jest z charakteru. Jedno jest pewnie pan Zły ma prawo do zadręczania kogo chce i kiedy chce ale często go to już nuży i od tego ma takich jak ja. Ostrze błysło i przeleciało mi nad uchem... co jest do cholery?! czyżby śmierć przeciwstawiła się Złemu? Pojechałem dalej na szczęście światła były już pomarańczowe ale benzyna się kończyła. zjechałem jeszcze jedną przecznicę w dół do dolnego miasta, po lewej był park z małym wodospadem a w środku Fiolka Zjednania!! Z pocieszającą myślą ruszyłem w kierunku parku ale zaraz, potwory wyczują mój motor. Wywęszą i dotkną że jest ciepły, Wjechać do jeziora? za duży szum. Chyba jednak zaryzykuję próbę zostawienia go u sąsiada. Szybko zaparkowałem przy światłach na drugiej stronie alejki i rzuciłem się w stronę wodospadu. Powietrze zaczęło wirować... cholera... Czas zwolnił, czyżby znowu ten gość?.. Przebiegłem przez główne jezioro za którym była rzeczka a przy niej wodospad. Obraz robił się czerwonawy a na środku wodospadu stał zakapturzony. Nadal nie wiedziałem kim on jest... i znowu jakaś sztuczka z czasem. Poruszać się było coraz ciężej. Wyciągnąłem desert eagle i wycelowałem w niego, przytrzymałem tłumik i 2 strzały poszły, widziałem nawet jak kule się obracają przedzierając powietrze. Niestety na niego to zwolnienie nie działało, złapał je i zgniótł. Udało mi się doskoczyć do fiolki, rzuciłem się w rzekę, teraz 3ci kamień od lewej, jest! W tym momencie poczułem czyjąś rękę na karku, chwycił mnie gość w kapturze, jego palce aż mnie oparzyły a smugi zakryły mi częściowo obraz. Chwycił mnie i wyrzucił w górę aż do asfaltowego chodnika po którym przed chwilą biegłem. Leżałem na skraju parku, w tym momencie bestie wyrwały na przód i parły skacząc swoimi żabimi udami prosto do mnie. Drzewa na szczęście zakrył moją osobę. Miałem jeszcze dość siły więc więc skoczyłem i stanąłem na równe nogi. Zakapturzony patrzył na mnie z założonymi rękami jego oczy płonęły, zacząłem zauważać dziwne znaki na jego sutannie. Czyżby to jakiś język? a może te znaki mają magiczną moc? pobłyskiwały w lekkim półmroku ale to bardziej wina materiału z którego zostały uszyte. Ostatni ratunek, drzewa. Wyjąłem zza kieszeni trzy noże i powbijałem je rzucając w drzewo. Wdrapałem się po nich a potem usadziłem na gałęzi. Pomimo że spróchniałe i stare było solidne, odwróciłem głowę. Mag trzymał w wyciągniętą rękę ku mnie jakby na znak przyjaźni. Dziwny obyczaj. Jego znaki na sutannie teraz pobłyskiwały zielonym światłem. Sztuczka lordów? Nie ze mną takie numery otworzyłem fiolkę i wypiłem całą zawartość, Drzewo zaczęło płonąć, super zmieszam się z płomieniem. W jego wypadku będzie to praktycznie niezauważalne. Na koniec zdążyłem mu pomachać i już moje ciało zaczęło się palić. Całe szczęście nie czułem nic, żadnego płomienia, bólu, gorąca. Eliksir zjednoczenia działa, zlewam się z naturą, przyjmuje mnie w gości. Moje ciało upada zamienia się w płomień nie ma mnie...
Unwritten by Maestro
komentarze [0]Czarna Róża
when ? niedziela, 18 kwietnia 2010 00:58:41
Jednym z najpiękniejszych kwiatów z rodzaju Aravell była czarna róża która pomagała przywołać duchy starożytnych wojowników. Mało było magów którzy potrafią opanować tą sztukę. Mówiąc sztukę mam na myśli arcymistrzów magi przywołania którzy z swej "pracy" albo badań uczynili prawdziwie mistrzowskie pokazy zapierające dech w piersiach a synchronizacja ciała z umysłem i dodatkowe opanowanie władzy nad żywiołami nie pozostawiała nic innego, jak tylko patrzeć jak owy mag się porusza. Czarna róża była bardzo rzadko spotykana a ziaren i kwiatów jeszcze żaden mag nie potrafił wyczarować ani żaden druid zasadzić i prosić naturę o sprowadzenie tego nasienia. Był to jedyny kwiat który nigdy nie słuchał natury i miał do tego prawo, rósł gdzie chciał, to on wyznaczał sobie swojego zdobywce, pojawiał się zawsze tam gdzie miał się pojawić. Jeden z nich był hodowany przez Łowcę Cieni. Dostał go w zasługę za swoją magię leczniczą ale on zamiast użyć go do zaklęć wolał go podziwiać w własnym otoczeniu. Był niestety zbyt zachłanny i kwiat go zniszczył. Zamknął się w ciemnym lochu i zapomniał o całym świecie. Aramil kopnął drzwi i zapalił pochodnię. W środku było wilgotno i ciemno. Wyjął jeden miecz i poszedł ostrożnie w głąb korytarza po którym napotkał kręte schody prowadzące w dół podziemi. Schody przerodziły się w jaskinię w wysokości około 15 metrów. Ściany były obłożone szafami z mnóstwem książek, pełno pajęczyn i przemykające szczury dodawały klimatu otoczeniu, jednak ktoś musiał tu być skoro szczury tu grasowały. Zszedł na dół i zaczął rozglądać się za czymś w rodzaju mapy, przejrzał dolną partię półek, były w niej zamieszczone biografie, stare opowiadania, dużo książek dla dzieci, kilka słowników. Aż dziwne że nikt takiej skarbnicy wiedzy nie pilnował a znajdowała się tuż na wyciągnięcie ręki. Niestety bohater nie miał w co zabrać ani jednej księgi lecz coś przykuło jego uwagę. Na jednej z ksiąg widniał napis "lustro odbite od boga" a pod spodem kawałek lustrzanego kwadratu. Aramil otworzył księgę. Widniały na niej jedynie puste strony. Wrócił się do schodów i pozapalał wszystkie pochodnie przy słupie. Musiał trochę dłużej poszukać informacji o róży a tak przynajmniej będzie wiedział gdzie jest. Z wysokiej biblioteki odchodziły dwa równoległe korytarze które również biegły w głąb ziemi. Żeby znaleźć jakiekolwiek informacje Wojownikowi były potrzebne drabina lub jakiś hak oraz spis treści lub mapa dzięki której mógł gdzieś dojść. Poszedł jednym z korytarzy odkładając książkę z lustrem przy półce tak by wiedział gdzie jest. Gdy szedł przez drugi korytarz coś poruszyło się za jego plecami. Nie był sam. Chwycił za eliksir powiększający źrenice. zgasił pochodnię i rzucił ją przed siebie. Coś zaskomliło. Po chwili było słychać szepty dochodzące zza ścian. Aramil wreszcie mógł widzieć w ciemności, eliksir podział. Przełożył zawleczkę by skrócić mieć do szybszego ataku z zaskoczenia. Korytarz rozgałęził się w dwie strony z cegieł kapała woda. Poszedł w lewo wraz ze skomleniem. Ogon czmychnął mu za rogiem. Musiało to być po prostu jakieś duże zwierzę a takim trzeba było się dać jak przynętę. Aramil naglę upuścił miecz, głośno krzyknął i upadł by udawać nieżywego. Poczuł woń zmokłej sierści. Taką którą "rozpylają" psy po kąpieli w błocie. Słychać było węszenie. Tancerz przygotował sztylet pod ręką. W końcu coś złapało go za ramię. To był ten moment, otworzył oczy i lewą ręką wbił potworowi nóż prosto w pierś. Zwierzę było wilkołakiem i to dość potężnym. Zawył a potem wyciągnął sztylet. Jego ślepia były wlepione w Aramila krew popłynęła z rany. Pazury potwora przeszły koło uszu rycerza który się odpowiednio uchylił. Podskoczył i przywalił wilkowi w nos. Zwierz zaskomlił, naglę wyciągnął miecz i uderzył wojownika w nerki. Tępe ostrze tylko spowodowało że tancerz zgiął się w pół lecz potem kopniaki z zapazurzonymi nogami dobiły swego. Rycerz przetaczał się próbując uniknąć kontaktu z zapalczywym przeciwnikiem, niewątpliwie silniejszym od niego. Wilk wyrwał miecz Aramilowi i uniósł go do góry. Wrzeszcząc chciał go opuścić leć uderzył nim o ziemię padając na kolana a z jego piersi wystawało błyszczące onyxowe czarne ostrze. Za wilkiem wyłoniła się postać niewiele niższa od przeciwnika podciągnęła wojownika po chwili krzycząc
-kim Ty do cholery jesteś ?-
-Nazywam się...- urwał gdyż postać weszła mu w zdanie
-nie interesuje mnie jak się nazywasz, kim jesteś że rozwalasz tu moją bibliotekę?-
-W zasadzie to odkryłem ją tu przypadkiem ale powiedzieli że na tych terenach mogę znaleźć wspomnienie o czarnej róży-
-Skąd wiesz o czarnej róży- Postać upuściła miecz
-kto Ci o tym powiedział?-
-Mój wierny przyjaciel ale też mój pracodawca-
-kim oni są że zdradzają Ci takie tajemnice mały?-
-a po co Ci to wiedzieć- podniósł miecz
-a może Ty się przedstawisz-
-ahh... niech Ci będzie, wyglądasz na mało szkodliwego i inteligentnego. Nazywają mnie Loran, strażnik liścia-
-jesteś Elfem ?!- przerwał mu Aramil podniósł miecz
-jestem jedynie strażnikiem liścia i jednocześnie opiekunem tej biblioteki, masz szczęście że tędy przechodziłem i schowaj tą zabawkę nie jesteś u siebie-
Wojownik posłusznie schował broń do pochwy. Strażnik podniósł miecz po czym schował go za pazuchę, podniósł pochodnię
-więc szukasz informacji o czarnej róży-
-mhm...- odparł
Unwritten by Maestro
komentarze [1]cisza przed burzą
when ? sobota, 3 kwietnia 2010 20:48:59
Siedziałem sobie na wzgórzu i podziwiałem zachód słońca. Piękna złocista czerwień zalewała niebo przebijając się przez drzewa. Dodatkowo było jeszcze za zimno by chodzić bez kurtki ale i tak niedługo pewnie rozpęta się tu ogromna rzeź. Wzgórze to znajdowało się na byłych bunkrach niemieckich. Różne świry lubiły tu przychodzić po zmroku a ja właśnie takich świrów potrzebowałem. Ostatnio wyczytałem na forum jakichś energoterapeutów o nowej mocy zwaną Atis. Powinienem to zgłosić do psów a Ci złapaliby ich przy pierwszej lepszej okazji. Co chwila tworzą się nowe sekty wyznające demony, szatana. Tak naprawdę większość z nich to po prostu banda napaleńców ale zdarzają się rzeczywiście tacy, którzy zajrzeli do biblii i rzeczywiście kumają bazę. Mieli się tu spotkać o 21 i rzeczywiście zaczęło się robić ciemno. Ktoś przychodził, schowałem się na drzewie. Ku mojemu zdziwieniu przyszło paru drecholi z laskami i otworzyli piwo. Było to aż nazbyt dziwne ale postanowiłem że jeszcze przez chwilę. Minęła około godzina, w tym czasie zdążyłem 3 razy rozłożyć kostkę rubika na części i złożyć z powrotem a że było nudno robiłem to nożem, i tak był to niezły wynik. W tym czasie dresiarnia rozpaliło ognisko wyłojili co mieli do wyłojenia i laski zaczęły się przystawiać. Nic tu po mnie, wnerwiła mnie już godzina słuchania durnych żartów i wspomnień z imprez na których byli. A może by ich tak zabić dla zabawy, pewnie znowu trafią do jakiejś zapyziałej dziury w piekle gdzie nawet demony nie chcą się wypróżniać, przynajmniej zniszczę kilka patologicznych rodzin, ochronię kilka zrabowanych portfeli, przysłużę się jakoś temu światu. Wyjmowałem pistolet gdy nagle ktoś strzelił po chwili usłyszałem głośne "o kurwa" i pięć następnych strzałów. Wszyscy nie żyli, a za strzałami przyszło dziewięciu zakapturzonych gości, jeden z czerwonym kapturem wskazał pistoletem na ciała mówiąc "wspaniale, mamy od razu ofiarę, nie musimy nigdzie polować". Potem wskazał bunkier i powiedział "przenieście ich tam i ustalcie na stosie". Rany, nawet mój pan ma jakieś metody, ciała najpierw trzeba namaścić, rozebrać, ponacinać na nich znaki a to to istne barbarzyństwo. Przynajmniej coś się zaczęło dziać, zszedłem niżej by podejrzeć przybyszy. Rozstawili się po czterech kątach i pięciu w środku, zdjęli kaptury, wszyscy byli łysi a na czole istniał wytatuowany symbol wilczego zewu u każdego. Tatuaż ten przypomina głowę wilka otoczoną w okrąg a z niej odstające 3 kolce z jednej i z drugiej strony, ponadto zachowana idealna symetria a wszystko robione w stylu tribal'u. Pięciu mężczyzn klęczało przy zwłokach położonych w środku kręgu. Zapalili świece i ustawili się w pozycji do medytacji. Przebili ręce ofiar nożem a potem namalowali z nich jeden wielki krąg z 9cio ramienną gwiazdą. Jeszcze czegoś takiego nie widziałem. Po chwili kapłan otworzył księgę, wszystkie świece zgasły a ona sama świeciła pięknym czerwonym światłem. Przyniósłbym sobie popcorn i colę bo jeszcze czegoś takiego nie widziałem w praktykach ludzkich, owszem światła z różdżek, płomień z ręki ale nigdy świecącej książki, zapowiada się ciekawie. Główny mistrz zaczął coś szeptać a reszta powtarzać za nim, jakiś dziwny język nie zrozumiały dla mnie. Toczyło się to tak przez półgodziny po czym recytowanie przechodziło w pieśń o strasznie halucynogennej rytmice. Zaczęło się robić coraz cieplej, zaczęły więdnąć wszystkie liście i trawy w okół. Po chwili tempo świata zwolniło, powietrze zaczęło wirować, nie czułem się dobrze. Podniosłem się żeby dokładniej się przyjrzeć całemu widowisku. Oczy ludzi płonęły ale pomimo tego było w nich widać wciąż ludzkie oko. Kapelan spojrzał na mnie po czym gwałtownie zamknął księgę. Uchyliłem się do dołu. Z okna bunkra dmuchnął przeraźliwy ogień, a raczej wystrzelił jak z miotacza płomieni, znajdował się tuż 5 cm nade mną. Po chwili zgasło. Podniosłem się znowu do okna. W tym momencie pięciu w kręgach nie przypominało już ludzi, zajadali się ciałami leżącymi w środku a strażnicy w kontach unosili się nad ziemią ubrani w zbroje. "co to kurwa jest?!" pomyślałem po czym jedna z bestii zaczęła coś węszyć, reszta za nią. Po chwili skierowała wzrok na mnie "o cholera" tylko tyle zdążyłem pomyśleć...
Unwritten by Maestro
komentarze [0]Łowca cieni
when ? czwartek, 1 kwietnia 2010 21:42:41
HYC! i kolejny pagórek przeskoczony, całe szczęście że las był dość duży a na dodatek było ciemno. Szkoda tylko że miecze ciążyły i uderzając o siebie wydawały nieprzyjazny dźwięk. Nie było wyjścia trzeba było je zostawić ale nie w byle jaki sposób. Aramil uczył się dużo sztuczek z tańcami mieczy a jednym z nich było wbijanie ostrza w drzewo jednym zamachem, wziął więc w dłonie oba miecze zamachnął się wypowiedział zaklęcie zawirował i nagle uderzył w dwa drzewa obok których przebiegał. Przez przypadek zwrócił na siebie uwagę goniącego. Musiał szybko coś wymyślić, chwycił za gałąź i zaczął wspinać się po drzewie. Chwycił jedną gałąź, drugą, po chwili łapał się nawet kory, w końcu doszedł aż na koronę. Popatrzył przez chwilę w dół i zauważył czerwone płomienne oczy zbliżające się do niego. "kuźwa" zaklną i rzucił się na drugie drzewo ale postać umiała lewitować w powietrzu więc nie sprawiało jej to problemu. Zbiegł więc po drzewie które uginało się przy jego ciężarze a jak już zszedł ruszył szybko do przodu. Zaczęło się robić gorąco fale ostrego powietrza zaczęły wirować. Aramil bardziej zaczął słyszeć huk powietrza niż własne kroki. Czas wydawał się biegnąć wolniej. Bohater odwrócił się by spojrzeć za siebie, zakapturzony już go doganiał, był coraz bliżej. Nie mógł dłużej uciekać, ostatnią deską ratunku były duchy. Wyciągnął z kieszeni dwie kule jadeitowe i zaczął je do o siebie uderzać. Poczuł jak coś pod nogami budzi się do życia, przez oczy zaczęła przepływać mu zielona fala. Drzewa rozstąpiły się przed nim tworząc polanę. Czas wrócił do normalnego tępa a Aramil biegnąc przez polanę potknął się o korzeń i runął twarzą na ziemię. Zdyszany szybko pozbierał się, wstał i przyjął pozycję bojową, był gotowy na starcie. Stwora nigdzie nie było, uciekł albo duchy go dopadły. Tancerz stał tak jeszcze przez chwilę po czym pobiegł w stronę Girlan wprost do domu Emeralda. Na szczęście druid siedział w fotelu i czekał na kompana. był dziwnie spokojny... Po chwili do domu rozległo się głośne stukanie z drzwi. Aramil popatrzył na druida po czym otworzył drzwi i zobaczył jak właśnie stoi w nich zdyszany kompan. Potem przez chwilę patrzyli na osobę siedzącą w fotelu która dalej była dziwnie spokojna. "który prawdziwy, dobra ryzykujemy" zamyślił się po czym walnął pięścią w druida na fotelu a raczej w fotel bo gdy uderzył to postać rozpłynęła się ciemnymi oparami wrzeszcząc głośne i mroczne "hahaahahahahaha"... wojownik zebrał się, popatrzył na przyjaciela i rzekł "chyba mamy do czynienia z łowcą cieni" na to ten mu odpowiedział zdyszany "trzeba będzie odwiedzić ich siedzibę"...
Unwritten by Maestro
komentarze [0]
when ? czwartek, 4 marca 2010 20:55:52
Stałem z rewolwerem wycelowanym w jego głowę, w drugiej ręce trzymałem amulet trzymający mnie przy życiu. Powietrze w okół wirowało i robiło się czerwono, pomimo przechodzących obok ludzi nikt nas nie widział. Staliśmy w dwójkę naprzeciwko siebie, ja i nieznajomy zakapturzony. Czułem jak Powoli słabnę z sił. Zapaliły się nawet okoliczne krzaki i drzewa posadzone obok barów wypełnionych ludźmi. Ból wzmógł a krzesła pod ludźmi zaczęły płonąć. Nie bałem się zwykłego ognia ani piekielnego ale ten mnie przerażał. Mierzyłem tak jeszcze przez chwilę po czym wyszeptałem "hostium" i wystrzeliłem z pistoletu. Odrzut był zbyt duży albo ja zbyt słaby padłem na kolana, obraz mi się rozmazał, powietrze szumiało. Jedyne co widziałem jak postać dostaje w twarz kulą a wielka bruzga krwi plami mój kapelusz. Potem czułem jak padam resztą ciała, miałem tylko już siłę by nie uderzyć twarzą i zaprzeć się rękami, wypuściłem i amulet i pistolet. Czułem falujące gorąco ognia który spalał wszystko w okół, czas zwolnił i nastąpiła dziwna sekwencja konania. Sen przychodził szybko ale boleśnie, leżałem na zimnej ulicy rozgrzanej dziwnym płomieniem, bałem się śmierci bo ta była inna, nienaturalna, gorsza, nieznana. Demony są czasami jak ludzie, boją się nieznanego, pomimo że nie może być nic gorszego od nich to jednak nieznego się boją. Co z tego że są silne psychicznie a ich szpony i wielgachny rozmiar niektórych nie mierzy się z najstraszliwszym cthulu. Nie czułem nic pomimo że byłem jeszcze w ciele, widziałem pustkę, słyszałem że gdzieś mnie niosą ale nic nie wiedziałem nie obudziłem się tego dnia ani następnego...
Unwritten by Maestro
komentarze [0]Wyprawa
when ? poniedziałek, 1 lutego 2010 22:08:05
Dzień rozpoczął się jak zwykle, wojownik wstał rankiem, pobiegł nad staw umyć się przed dalszą podróżą, woda była zimna ale pora roku ciepła więc Aramilowi wcale to nie przeszkadzało. Wrócił, zjadł chleb i zapił wodą. Przygotował swoje dwa miecze, przypiął je do pasa zapłacił za gościnę, wsiadł na koń i pojechał do następnego miasta. By znaleźć kogoś z wysokiej rady albo pomóc mieszkańcom, oczywiście za jakąś nagrodę. Następne miasteczko do którego miał się udać nosiło nazwę "Girlan". Miasteczko dość duże, od wieków było zamieszkane przez ludzi, po pewnym czasie zaczęło tam przybywać krasnoludów którzy o dziwo wielbili zamiłowanie nie do kopania ale do łowienia ryb. Pomimo tego i tak zapotrzebowanie na wynalazki krasnoludów było duże więc niektórzy i tak zostali konstruktorami i zbijali za to niezłą kasę. Ludzie zajęli się takimi rzeczami jak ścinanie drzew, wydobywanie kamienia z pobliskich kamieniołomów, Ci co mieszkali poza murami miasta uprawiali rośliny i hodowali świnie. Girlan było jednym z niewielu miast gdzie mieszkali Druidzi, strażnicy natury którzy korzystali z jej dobrodziejstw i leczyli ludzi, tworzyli eliksiry i właśnie do tych Aramil przyjechał. Wszedł przez pierwszą wschodnią bramę, przed nim ukazała się długa uliczka z kilkoma domkami dość niskimi po obu stronach. Wszystkie były zamieszkane przez ludzi a na dole przy schodach wisiały tabliczki z napisami "drwal, kamieniarz" itd. itd. Za uliczką rozciągał się plac zebrań, stało tam podium dla herolda który miał ogłaszać i czytać prawa/wiadomości od króla całego tego terenu. Poza tym niewielka fontanna z jakimś pieskiem na przedzie. Z placu wychodziły 3 uliczki, 2 były ulicami ludzi natomiast 3cia była zamieszkana przez krasnoludów. Na rogu jednej z nich stał sklep z ziołami, dość duży budynek jak na małe miasto, tam właśnie miał czekać druid ze zleceniem. Wojownik wszedł, brzęcząc swoimi mieczami do pokoju, druid szybko podniósł się z krzesła na ten sygnał. Obu gościom wstrzymało oddech ze zdumienia, przez chwilę dokładnie przypatrywali się sobie po czym zahuczało głośne przywitanie "witaj Emeraldo" z strony wojownika i "witaj Aramilu" z strony druida i oboje padli sobie w objęcia. Druid zaproponował herbatę i fajkę i zaprosił wojownika do pomieszczenia w środku. Zastukał jeszcze do ptaszków, które hodował by w razie kolejnego gościa przyleciały do niego i dały mu znać. Dawni przyjaciele długo rozmawiali, opowiadali sobie co się u nich międzyczasie wydarzyło, pili i palili. Po dwóch godzinach mina druida trochę zgorzkniała. Usiadł w fotelu, złożył w ręce w piramidkę i rzekł.
-wiesz co, jest trochę nieprzyjemna sprawa i nie mogę sobie z nią dać rady-
-cóż się takiego stało?- odrzekł wojownik również z powagą
-otóż, dzisiaj w nocy odbędą się zbiory błękitnej szałwii a od paru nocy obserwuję postać przemierzającą ulicę, wydającą z siebie przeraźliwe dźwięki, zaglądającą do domów, co mnie bardziej niepokoi jej oczy płoną-
Aramilowi zawarło dech w piersi. Brzmiało to niezbyt ciekawie i pierwszy raz słyszał historię o upiorze. Dziwiło go jeszcze bardziej że to druid prosił go o pomoc w sprawie z upiorem, zwykle od tego są magowie którym był Emeraldo.
Po chwili milczenia wojownik wypuścił buch z fajki i rzekł "czy chcesz żebym szedł z Tobą?". Na tą wiadomość druid pokiwał głową na zgodę. Do walki z upiorami trzeba było się przygotować. Potrzebne było kilka eliksirów umożliwiające widzenie w ciemności, kila na koncentrację oraz kilka amuletów chroniących przed złymi czarami. Na szczęście strażnik natury miał wszystko w swojej spiżarni. Na wszelki wypadek posmarowali też miecze, które nosił wojownik. Specjalna maść miała odstraszyć ciemności ale oboje testowali ją po raz pierwszy. Zapadł zmrok, wyszli z domu, dokładnie go zamknęli po czym druid wyrzucił dwie kulki w stronę nieba. Po chwili przy ich głowach zaświeciły dwa światełka. "Wy to macie pomysły" - rzekł wojownik do przyjaciela i uśmiechnął się do niego. Wyszli za miasto i szli około godziny do miejsca zbiorów, było to na bagnach starych jaszczurów które dawno wyginęły pozostawiając ten obszar niezamieszkałym. Przez bagna szli około pół godziny aż doszli na drugi koniec gdzie znajdowała się błękitna szałwia. Gdy zbliżali się do celu Aramil polecił zgasić kulki, zauważył tam ciemną postać w kapturze. Oboje zamarli w ciszy i lekkim przerażeniu. Łyknęli po eliksirze poprawiającym widoczność w nocy i podeszli bliżej, bardzo cicho. W pewnym momencie postać zbierająca ziele odwróciła się i spojrzała wprost na wojownika, jej oczy płonęły żywym ogniem. Partyzant szybko wydobył miecz i rzucił się na nieznajomego z wrzaskiem, przyciskając go do ziemi i trzymając miecz na gardle. Postaci nie było, zniknęła chociaż wyczuwał gorąco panujące w okół niego. Wstał otrzepał się, odwrócił i zobaczył...
Unwritten by Maestro
komentarze [0]Rozdział 2
when ? poniedziałek, 1 lutego 2010 20:50:21
Gra w chowanego
Unwritten by Maestro
komentarze [0]